Bóg się rodzi 2010-12-23 23:51:09

Na początek tej świątecznej notki okolicznościowe motta:
                                             
"Last christmas, i gave you my heart, but the very next day you gave it away. This year, to save me from tears, i'll give it to someone special" WHAM!, Last christmas                                       

" W swoim Obajwieniu Bóg wystawia symfonię.
Zanim Słowo Boga stało się człowiekiem, orkiestra świata rzępoliła sobie a muzom. Potem pojawił się Syn- dziedzic wszystkich rzeczy. Pod Jego batutą orkiestra wykonuje Bożą symfonię, ukazuje się sens jej różnorodności." H.U.von Balthasar

"Przyszedł do Betlejem szewczyk ubogi. Przyniósł Jezusowi trepki na nogi. Józef mówi: idź ty szewcze! Jezus twoich trepków nie chce, bo śmierdzą dziegciem." pewna pastorałka



Po co w ogóle coś mówię? Po co wypowiadam słowa? Nie jest pełną odpowiedzią "po to żeby sie skontaktować z drugim". To jest wtórne, owszem- po to są słowa ale to nie wyjaśnia do końca sensu wypowiadania słów. Myślę, że mówie coś po to żeby wyrazić siebie. Żeby się opowiedzieć. Wtedy stanę się sobą, kiedy się rzeczywiście opowiem. Wypowiadając słowo odsłaniam siebie, wyrażam, kreuję siebie. Kiedy coś komuś mówię to mu się odsłaniam. A kiedy nie mówię to się zasłaniam. Oczywiście są też sytuacje, w których milczenie wcale nie musi oznaczać zasłaniania się. I na odwrót, bywa, że mówię coś, żeby zabić niezręczną ciszę, albo pogadać dla rozrywki. I wtedy wcale siebie nie wyrażam. Ale generalnie próbuję udowodnić że i kim jestem przez swoje słowa. Niektórzy próbują tego dokonać bardzo rozpaczliwie i wypowiadają tyle tych słów, że wcale się już nie odsłaniają, tylko jeszcze bardziej gubią swoje znaczenie.

Jeśli Ktoś jest wszechpotężny, potrafi wypowiedzieć całego siebie w jednym Słowie. Nie musi trwonić słów. Nie musi opowiadać godzinami, szukać właściwych wyrażeń. Potrafi powiedzieć całego siebie naraz. Bóg od zawsze na zawsze mówi jedno jedyne Słowo. To Słowo mówi o Nim wszystko, nie ma już żadnej tajemnicy, nie ma niedopowiedzenia. Często czuję smutek, że nie mogę wypowiedzieć wszystkiego co bym chciał, coś muszę zostawić dla siebie. Bóg tak nie robi, wszystko co ma przelewa w swoje Słowo. Dlatego to Słowo jest z Nim tożsame, jest mu równe, choć jest inną Osobą- Jego Synem.

Najpierw Słowo po prostu jest, Ono jest zawsze, niezależnie od nas. Dopiero wtórnie Słowo rodzi się dla mnie. Rodzi się dla wszystkich ludzi, czego wymownym symbolem jest narodzenie w czasie spisu ludności całego imperium. Staję jako jeden z pasterzy i przyglądam się cudowi nad cudy- narodzonemu Słowu. Pierwsze co mówi mi anioł, to "nie bójcie się". Dobra wiadomość, Słowo nie będzie najwyraźniej słowem potępienia. Nie musze już się bać Boga, drżeć przed nim w niewolniczej bojaźni. Jego Słowo mówi o Nim wszystko- On tylko kocha. Nie wiem jak długo muszę wpatrywać się w żłóbek, żeby to zrozumieć. Ciągle gdy upadnę znowu widzę Boga który ma dla mnie przykre słowo. Ale to ja sobie wymyślam, to nieprawda. Bóg ma dla mnie tylko jedno Słowo i jest Nim dzisiaj bezbronne dzieciątko w stajence. Jeśli takie jest Słowo Boga, jeśli tak jest Bóg, to co mam powiedzieć? Mogę tylko śpiewać z chórami anielskimi "Chwała Bogu na wysokościach".

ps. z powodu hmm trudnych okoliczności notka jest taka krótka chociaż na święta powinna być dłuższa. całkiem mi przykro z tego powodu. W każdym razie pragnę złożyć serdeczne życzenia wszystkim, o ile ktoś to czyta:)
życzę życia według tajemnicy wcielenia. to znaczy- życzę nam, żebyśmy przestali rozdzielać to co ludzkie i to co Boskie w naszym życiu, bo Bóg sam to połączył. Żebyśmy potrafili spoglądać na Boga po ludzku, bez krępacji, że to nie wypada i bez poczucia winy że jesteśmy tylko człowiekiem. Bo Bóg sam stał się człowiekiem, więc być człowiekiem to nie byle co. A z drugiej strony abyśmy potrafili spojrzeć na drugiego człowieka po Bożemu. To znaczy- uwierzyć, że w każdym nawet najbardziej wkurzającym osobniku jest obecne Słowo Boga. wesołych świąt życzy

Mar 


Bóg się rodzi, mój Pan i Zbawiciel, Ten, którego tak szumnie zapowiadał Izajasz przez ostatnie tygodnie. Wśród tej niczym nie wyróżniającej się nocy, w najpodlejszym ze wszystkich miast, w samotności. Dokonuje się największy cud, jaki miał kiedykolwiek miejsce i nie ma w nim nawet krzty efekciarstwa, czegoś nad czym z zachwytem można by się rozprawiać, jak przemiana wody w wino, wskrzeszenie itd. Nic! Czytając Izajasza przez cały adwent i obserwując ziszczenie się jego proroctwa można naprawdę poczuć się zawiedzionym. Czas oczekiwania, nadziei, radości. Śnieg, choinka, świąteczne piosenki i opłatek. Wiara, że tej nocy naprawdę przemówimy ludzkim głosem. A co nas czeka, jakie cuda? Kolacja jak co roku i powrót do domu z poczuciem goryczy. Kiedyś przynajmniej prezenty cieszyły i choinka, za którą można było wejść i w tym upajającym zapachu wśród kolorowych światełek, bombek i lalek czuć, że rzeczywiście dzieje się coś niezwykłego. Dziś niestety można tylko uśmiechnąć się na wspomnienie tej radości dziecięcego serca i mieć nadzieję, że w przyszłości cieszyć się będziemy, widząc, że nasze dzieci też radują się tym bajkowym światem. Ale my już wiemy, że chodzi o co innego, czy raczej o Kogo innego- tego, o którym wszyscy zapominają, którego najlepiej przemilczeć. Bóg się rodzi, moc truchleje- jeśli On nawet o miejsce w gospodzie się nie upomniał, to dlaczego miałby upominać się o miejsce przy naszym wigilijnym stole? Spróbuj się upomnieć o Niego, a oskarżą Cię, że burzysz wigilijną atmosferę, świąteczny pokój, bo przecież wszystko jest tak normalnie…

Normalnie by było, gdybyś urodził się Jezu jak Bóg, którego chcemy widzieć- w pałacu albo w chmurach, nie w jakiejś stajni. Tylko czy to by coś zmieniło w ludziach, czy wiedzieliby po co spotykają się 24 grudnia? Urodziłeś się w upokorzeniu i ciszy, bez najmniejszych fajerwerków. I może tak też masz narodzić się w naszych sercach. Zamiast żalu, że nie dzieją się w nas cuda i wypominania sobie, że znów zmarnowaliśmy czas adwentu może powinniśmy zacząć karmić i coraz staranniej pielęgnować to Boże Dziecię w nas. Bo jeśli pragnęliśmy Twoich narodzin, to Ty na pewno się w nas narodziłeś! Tyle że przecież Jezus nie od razu rozpoczął swoją misję. Nie byłby człowiekiem, gdyby już jako niemowlę nas zbawił. Na początku przez długi czas potrzebował opieki bliskich, którzy o Niego zadbali pod każdym względem. Tak więc może i my nie możemy przekreślać cudu tych Świąt, nawet jeśli z pozoru nic się nie dokonało, lecz wiernie i wytrwale wierzyć i służyć, bo tylko w ten sposób będzie w nas dojrzewał Chrystus. I wtedy pewnego dnia może nawet bydlęta przemówią ludzkim głosem i o wiele większe cuda dziać się będą.

Jestem o tym przekonany, dlatego życzę nam wszystkim abyśmy przeżyli te Święta w pokoju, z którym przychodzi do nas Jezus. Jeśli anioł mówi „nie bójcie się”, to jest to chyba znak dla nas wszystkich, abyśmy choć tej jednej nocy odłożyli na bok wszystkie nasze lęki i uprzedzenia, ale cieszyli się z tego, co się dokonuje i pragnęli tego cudu dla siebie. Nie dajmy w sobie zabić radości, nawet jeśli cała otoczka naszego  świętowania, o której może w tym radosnym czasie zbyt pesymistycznie pisałem w pierwszej części, odbiega od tego, czego pragnie nasza dusza. Ważne jest nasze pragnienie przyjścia Jezusa, nasz ufny krzyk „Marana Tha!”. Życzę nam, aby w tym niezwykłym czasie nic nie zagłuszyło w naszych sercach tego wołania, tego zaproszenia Go do naszego życia, w które Pan tak pragnie wejść aby je przemieniać
J


dom

skomentuj (0)

Santa Claus is coming to town! 2010-12-19 01:10:02

He sees you when you're sleeping,
He knows when you're awake.
He knows when you've been bad or good,
So be good for goodness sake!

no. Notka is coming for Christmas. heej!!

skomentuj (0)

Błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi 2010-12-11 22:30:04

"Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść?". Jan niby dobrze wie, że Jezus jest "Tym". Ja też niby dobrze wiem, ale czasem ogarnia mnie drżenie i pytam Go- czy to naprawde Ty? Bo gdybym wierzył tak po prostu w jakiegoś tam Boga to czułbym się bezpieczniej. Potem po śmierci bym się dowiedział kim On jest, a teraz po prostu z rezerwą, ostrożnie uznawałbym, że jest jakiś Bóg. Lepiej nie obstawiać żadnej konkretnej opcji na Jego temat, bo się jeszcze może okazać, że jest fałszywa.
Ale nie, wierzę w coś bardzo konkretnego. Wierzę w to, że pewien młody cieśla z Nazaretu był i jest Bogiem. Że Jego śmierć, podobna do każdej innej śmierci, była i jest moim zbawieniem. To szaleństwo. Chrześcijaństwo to ryzyko absolutne. W żadnym kasynie takiego nie ma. Miliony ludzi obstawiają, że Bóg jest Jezusem z Nazaretu i na tym założeniu opierają dosłownie wszystko. Gdyby się okazało na końcu czasu, że Bóg nie miał nic specjalnie wspólnego z tym człowiekiem, że to był tylko zwykły żydowski działacz, to całe rzesze ludzi zostałoby tak skompromitowanych, że nie da się tego opisać. Naprawdę, bezpieczniej i mądrzej jest podejść do tego z rezerwą i uznać, że po prostu jest sobie jakiś tam Bóg i tyle.
Ale wybieram szaloną opcję- Jezus jest Bogiem. Na Jego przyjście czekam w adwencie. Nie na rodzinny klimat albo sałatkę. Tym bardziej nie na choinkę, która od kilku lat kojarzy mi się tylko z tym, że trzeba będzie się wymigać od jej ubierania.

Jaka jest odpowiedź na pytanie Jana, otwierające tę notkę? Dziwna- Jezus nie mówi "tak". Mówi tylko: zobacz co się dzieje w Twoim życiu gdy wierzysz we mnie, zobacz co się dzieje z ludźmi, którzy Mi ufają. Gdyby Jezus powiedział "no pewnie że to ja, to ja jestem Bogiem, bo tak jest i już" Jan nie byłby usatysfakcjonowany. A przynajmniej ja bym nie był. Bo na każdym oddziale psychiatrycznym można spotkać ludzi uważających się za Boga. A supergwiazdy z okładek same siebie mianują boginiami. Zresztą, czemu miałbym uwierzyć akurat Jemu? Tyle mitów o wcielonych i zmartywchwstających bogach w różnych kulturach. Nie, z samych słów Jezusa "tak, to ja jestem Bogiem" nie zrodzi się moja wiara. On to wie i dlatego odpowiada inaczej. "co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię". To przecież znaczy tyle, co "Mar, nie zastanawiaj się czy warto na mnie postawić. Zobacz tylko jakie niesamowite rzeczy się dzieją w Twoim życiu od kiedy mi ufasz. Jak wielkie rzeczy możesz widzieć w sobie i wokół siebie. Czy spodziewałeś się takich cudów? Czy kiedyś byś się spodziewał, że będziesz prowadził takiego bloga z Domem? Czy to nie jest właśnie argument, że warto postawić na Mnie?".
      Nigdy nie spodziewałbym się wielu rzeczy, a jednak one się stały i jestem zadziwiony. Stały się dlatego, że uznałem i przyjąłem Boga w żyjącym 2 tysiące lat temu Nazarejczyku. Uwierzyłem, że Bóg jest nowonarodzonym bobaskiem w śmierdzącej szopie na prowincji. To strasznie głupie. Mimo to polecam to wszystkim. Postawmy wszystko na jedną kartę, uznajmy w te święta, że rodzący się Jezus jest Bogiem. Podejmijmy to rzyzyko, a już po chwili przestaniemy się wahać, bo staną się tak wielkie rzeczy, że w miejsce wątpliwości i strachu przed decyzją, pojawi się pewność i nieskończona pieśń uwielbienia i czekania na więcej. Marana Tha!

Mar

Ostatnio rozmawiam z wieloma osobami. Niby nic nadzwyczajnego, bo w ogóle ostatnio dużo rozmawiałem, aż nazbyt pewnie. Ale zabawne jest to, jak nagle odwróciły się role. Jeszcze na początku adwentu, to ja żaliłem się na spiekotę i trudy pustyni, a dziś sam próbuję doradzać jak ją dobrze przeżyć. Pustynia- jak my ludzie jej nienawidzimy. „Przecież było już tak dobrze! Czemu niczym przyjaciel Małego Księcia mój samolot znów się tu rozbił, tak nagle! Zły Bóg, zły świat- zostanę tu i się nie ruszę- a niech umrę- będzie lepiej. Albo sam naprawię mój samolocik i odlecę w chmury. Byle dłużej nie czuć tego ohydnego piasku pod stopami.” Cały czas jestem na pustyni i nie ma przypadku w tych nowych rozmowach. Przecież ja widzę w nich siebie, siebie z niedawna, tego, którego Bóg już przeprowadził do nowej Ziemi Obiecanej. Ci rozbitkowie są nie tylko po to by wskazać im drogę, ale by samemu ją sobie przypomnieć. Przecież to nie pierwszy raz. I do tego Izajasz- on we mnie rozpalił tę nadzieję, a Bóg dzięki modlitwie prowadzi dalej. Bo On dochowuje wierności na wieki! Mam ochotę krzyknąć tym wszystkim małodusznym narzekaczom, to co radzi nam dziś Izajasz. Ustąpi smutek i wzdychanie, tylko podejmijmy walkę i nie ustępujmy w modlitwie!

A jeśli Izajasz to za mało, to zajrzyjmy, co nam radzi św. Jakub. Cierpliwości! Jak my zawsze chcielibyśmy wszystko już, od razu. „No Boże, czy ja Ci nie ufam, nie modlę się, a tu nic się nie zmienia- nadal smutek i beznadzieja…” Pustynia to nie wydmy nad Bałtykiem, na których można sobie poskakać i zrobić pamiątkowe zdjęcie do albumu, który otworzymy za 20 lat. To doświadczenie, które ma w nas pozostać na zawsze, wyryć coś w sercu tak byśmy lepiej poznali siebie i Boga i umacniać nas w przyszłości na nowe trudy. Wiadomo, że jest ciężko i wszyscy najchętniej byśmy uciekli do oazy, ale w oazie domu nie zbudujemy, dlatego trzeba dać się poprowadzić Bogu.

I stanie się cud. Jan Chrzciciel siedzi samotny w więzieniu i pewnie już ma ochotę pytać Boga: „czemu kazałeś mi opowiadać ludziom takie bzdety, czy naprawdę misja i sens mojego życia to tylko mrzonka, która się nie spełni”. Ale nie pyta, nie użala się nad sobą- cierpliwie czeka i wierzy do końca. I dzieje się! Nadchodzi Ten, który miał nadejść. I zobaczmy- Jezus nawet nie spotyka się z Janem- to czeka go już po śmierci. Ale daje znaki- przez nie ukazuje się Janowi. „…niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię.” Na to czekał Jan- to był cel jego życia, które właśnie się spełnia- jest szczęśliwy.  A dlaczego? Bo do końca wierzył, ufał i głosił- nigdy nie zwątpił w Jezusa, a zawsze Go wskazywał innym. I tego chcę, dlatego modlę się dalej o radość, optymizm, pokój i wolność serca. Bo błogosławiony jest ten, kto w Niego nie zwątpi!

dom

skomentuj (0)

Nawróćcie się! 2010-12-04 14:11:58

Kiedy jest tak fatalnie, że gorzej być nie może, kiedy osiągam samo dno, do ucha Duch szepce mi słowa niesamowitej nadziei. Sytuacja porażki, klęski i zniechęcenia- oto kiedy odkrywam, że Bóg naprawdę jest Panem, a nie ja. On nie tylko może wszystko naprawić, ale z pewnością to zrobi. Jeszcze przyjdzie dzień, że wszyscy go poznają i skończy się zło. Nadzieja na taki czas jest ospała, gdy wszystko się układa- po co mi Boża interwencja? Ale kiedy jestem w potrzasku- o tak, wtedy Mesjasz by się przydał. "Tylko jakiś bóg może nas zbawić"- powiedział jeden z wielkich myślicieli XX wieku.
Izajasz zderzał się z przykrą rzeczywistością. Niepoprawni ziomkowie wciąż oddają cześć bogom sąsiednich ludów. Nie mogą pojąć, że Jahwe jest jedynym Bogiem, nie tylko ich, ale w ogóle jedynym prawdziwym Bogiem całego świata. Królowie, którzy mieli być pomazańcami Jahwe, również pozostawiają swoim zachowaniem wiele do życzenia. Co jednak rzuca mi się w oczy przede wszystkim? Wśród zapalonych żołnierzy i strategów, Izajasz naucza, że przyjdzie Mesjasz i wprowadzi pełen pokój. Nie będzie już wojen, nawet w przyrodzie. Wilki i baranki, koźlę i pantera razem- co na to ewolucja, bezlitosna walka gatunków o przetrwanie? Od tak dawna, że aż strach myśleć od jak dawna, zwierzęta, nawet rośliny, rywalizują o to, kto ma przetrwać, żyć dalej. Wojna jest założona z góry, co dziwnego w tym że ludzie kontynuują ten los, że narody się ścierają i "niech wygra lepszy"? A gorsi niech znikną, trudno. Można ich zabić, bo są gorsi. Można ich spokojnie zrzucić ze skały na obrzeżach polis, albo dzisiaj, dzięki rozwojowi cywilizacji, kulturalnie unicestwić w gabinecie lekarskim. A "dziwnych", "innych" można zabijać społecznie- wyśmiewać, wyrzucać. Można nawet budować w ten sposób pseudo-wspólnotę. Dlatego Biblia zauważa, że Herod zaprzyjaźnił się z Piłatem, kiedy pospołu pozbyli się tego oszołoma z Nazaretu. W podstawówce mieliśmy taką fajną zabawę- każdy był jakimś superherosem, a naszymi wrogami było kilku kolesi, których uważaliśmy za dziwnych i godnych pogardy. Tym co nas "jednoczyło" i zapewniało nam "dobrą zabawę", była pogarda, wojna, niechęć do człowieka. Od najmłodszych lat- ciarki mnie przechodzą jak o tym myślę. Z ludzkością tak samo- od najmłodszych jej lat mamy przekrój wojen, nienawiści, ofiar, nie-pokoju. Wikingowie plądrujący dla zabawy kogo się da, Majowie Gibsona, składający swoich braci w ofierze "dla bogów". Ale co to za bogowie, którzy chcą mordu?
Na szczęście pojawił się Lud, którego Bóg nie wymagał ofiar z ludzi (historia Izaaka). Lud, który w swojej Świętej Księdze nie nawołuje do przemocy, nie głosi swojego zwycięstwa militarnego nad innymi narodami. Przeciwnie- oto Izajasz głosi pełen pokój, koniec wrogości. Bóg Izraela ma świecić przed całym światem i zapewnić mu czasy pokoju. Ma się to stać przez Mesjasza, kogoś na kim ma spocząć Duch Pański.

"To, co niegdyś zostało napisane, napisane zostało dla naszego pouczenia, abyśmy dzięki cierpliwości i pociesze, jaką niosą Pisma, podtrzymywali nadzieję." Nadal podtrzymujemy nadzieję na przyjście Mesjasza. On już przyszedł, ale przyjdzie znów. Sądzić żywych i umarłych. Nie mogę się doczekać. "Pociecha, jaką niosą Pisma"- otóż to, co byśmy zrobili bez Pisma? Pisma pokazującego Boga który chce miłości, a nie nienawiści? Boga, który wreszcie w NT kroczy w zastępie kalek, ślepców, trędowatych, cwanych celników, obłudnych faryzeuszów, wątpliwie się prowadzących kobiet? Nie ma już pariasów, Bóg odsłania się cały- mówi, że kocha wszystkich ludzi i prosi żebyśmy się wreszcie ogarnęli i skończyli spiralę przemocy. Biblia- nie jedna z wielu ksiąg religijnych świata, lecz ratunek dla całej kultury ludzkiej. Jedyny promyk nadziei. Także dla mojego życia. Mogę mieć nadzieję, że Mesjasz będzie przychodził i robił porządek w moim sercu. Mogę czekać na pokój. Na to, aż do końca ogarnie mnie miłość i przestanę potrafić odrzucać drugiego. Oby przyszedł dzień, że nie będę już szukał upustu dla swojej nienawiści, że nie będę już ukrywał przed samym sobą, że ciągle z kimś walczę, że kimś gardzę. Święty Marcin, mój patron, napisał: "Jestem żołnierzem Chrystusa- nie wolno mi walczyć".

Na koniec Ewangelia, a w niej ostatni zwiastun pokoju, szczyt i finisz Starego Przymierza- Jan Chrzciciel. Postać z jednej strony tak ważna, że Jezus mówi o nim jako o największym z ludzi narodzonych z niewiasty. Z drugiej strony postać tak dziwnie zapomniana, jakby przemilczana. Niby kluczowa, ale niezbyt popularna w Kościele, prędzej jako źródło dziwnych hiptez i teorii (trochę jak z Marią Magdaleną, ale nie w aż takim stopniu). Kim jest Jan Chrzciciel? Kiedy go o to zapytano, sam nie wiedział właściwie co powiedzieć. "Nie jestem prorokiem, Mesjaszem tym bardziej." Jedyna jego autodefinicja to króciótki cytacik z Izajasza: "głos wołającego na pustyni...".
Jan jest tylko głosem, On tylko zapowiada Jezusa, nic więcej mu nie potrzeba. To cała jego tożsamość- być zapowiedzią Jezusa Chrystusa. Nie wie, co o sobie powiedzieć, nie obchodzi go kim jest sam w sobie, nawet się nad tym nie zastanawiał. Wie tylko , że ma zapowiadać Jezusa. Tyle mu wystarcza.
Mi na pewno nie, ciągle chcę być kimś, szukam rozpaczliwie swojej tożsamości. Bycie zapowiedzią Pana wystarcza Janowi, ale mi nie, oj nie nie nie. Chcę być fajny, owszem, należeć do Pana, ale być też fajny, podziwiany, konkretny, chcę coś znaczyć, być kimś.
To chyba nie tylko moja choroba. Wielu chyba ma ten problem. Nie ma dziś chętnych do bycia Janem Chrzcicielem. Wolimy coś sobą reprezentować, być definiowalni. Jakaś koszulka z fajnym nadrukiem, może jakiś fajny wpis na fejsie. A jeśli coś umiem, to muszę to pokazać, byle ktoś widział, że jestem gość. Wrzucę się na jutuba, albo pójdę do telewizji, może się uda i Kuba Wojewódzki powie, że jestem naprawdę kozak.
Ale Jan, jedzący szarańczę i łażący bynajmniej nie w ciuszkach z cropptown, przypomina wbrew poradom świata- człowieku, NIE BĄDŹ SOBĄ! Bądź tylko głosem, głosem wołającym, prostującym ścieżkę dla Pana. Tyle wystarczy.

mar

Czytając Izajasza znów odbieram go osobiście. Nadejście Mesjasza- naszego Zbawiciela. Oczywiście mógłbym napisać wiele bardzo ogólnych rzeczy, ale wydaje mi się, że dzisiaj wyjątkowo doświadczam Jego przyjścia i radosnych tego skutków. Widzę, że ten pokój i jedność rzeczywiście mają miejsce i z Nim w sercu nie ma możliwości by było inaczej. O co ja się biłem? Poraża mnie moja głupota tak jak jeszcze przed chwilą porażał mnie absurd tego świata. Oddać serce emocjom to naprawdę gorzej niż wskoczyć w ogień- tak ciężko je potem ugasić. Teraz rozumiem dlaczego Bogu milsza jest modlitwa o pokój, wolność serca czy radość niż o dobrą żonę, zgodę w rodzinie czy zdany egzamin na studiach. Dla naszego dobra! Możemy modlić się o skutek i w końcu chyba dlatego, że Bóg ma już nas dość albo z Jego przeogromnej Miłości stanie się to w naszym życiu, ale wtedy nie posuniemy się ani o krok naprzód. Gdybyśmy tak gorąco jak o te rzeczy modlili się o wiarę, wolność i wszystko co daje pokój serca chyba już dawno byśmy byli święci. Wystarczyło tylko trochę czasu i modlitwy takiej jaka jest miła Bogu i powoli dokonuje się prawdziwy cud. Nie tylko znów odzyskuję radość i pokój, ale widzę, że te zwykłe rzeczy, o które proszę są na wyciągnięcie ręki. Potrzeba tylko wiernej modlitwy i cierpliwości, a wszystko samo przyjdzie, bo nie ma innego wyjścia. W takiej chwili wstydzę się mojego strachu i wszystkich głupstw, które zrobiłem pod wpływem emocji spadając powoli na dno. On daje taką siłę, pewność siebie i przenikliwą mądrość, z której wypływa nadzieja, że modlę się abym już nigdy o tym nie zapomniał, nawet najgorszej chwili życia.

Dzisiejszy fragment Listu do Rzymian zaczyna się od 4 wersu 15 rozdziału i coś skusiło mnie by spojrzeć na pierwsze 3. Miód na moje już i tak pocieszone serce. Wystarczyło stracić tę moc w wierze, a już gdzieś znika mądrość, która mówi nam, co jest w danej chwili dobre dla mnie czy dla drugiego człowieka. Jak łatwo się pogubić, gdy Chrystus nie jest na pierwszym miejscu i jak wiele zła sobie i innym można wtedy wyrządzić. Znów powoli Jezus uwalnia mnie i od razu przychodzi od Niego ta cierpliwość i pociecha, o których mówi św. Paweł. A z nimi nadzieja! Nie nadzieja, że stanie się to czy to, tak jak chcę. Ale nadzieja, że jeśli w takim stanie serca i ducha Bóg dał mi tyle szczęścia i umocnienia, to jest tylko kwestią czasu kiedy to wróci albo przyjdzie jeszcze więcej. Tak, wszystko zaczyna się od nowa i nie ma czego się bać. Bóg daje tak wspaniały świat i tyle możliwości kształtowania go i własnego życia, że trzeba być naprawdę ślepym i niewdzięcznym by skupiać się tylko na jednym. Ile rzeczy umyka, ile niepowtarzalnych szans jednocześnie zdobycia i podzielenia się szczęściem. Jestem pewien, że gdy żyjemy w pełni nasze serce otwiera się tak, że nie ma już czego się bać, bo przychodzi ta Boża pewność, że wszystko, co potrzebne przyjdzie prędzej czy później, piękniej niż to umiemy sobie wyobrazić

Adwent, Jan Chrzciciel zapowiada Jezusa. Zawsze tkwiło we mnie to konsekwentne wołanie księży, abyśmy wykorzystali ten czas, aby Chrystus prawdziwie narodził się zwłaszcza w naszych sercach. Może niekoniecznie chodzi o to by próbować godzić się czy naprawiać relacje z najbliższymi. W nas mogą być najlepsze intencje, ale co jeśli po drugiej stronie nie albo żal i uprzedzenia są tak głębokie, że jest to po prostu zbyt trudne. Skutki mogą być tylko połowiczne lub nietrwałe, bo to tylko słowa, które nie przenikają do głębi serca, a myślę, że taką moc ma jedynie Chrystus, który się rodzi. Jeśli nie pozwolimy Mu wlać w nas swego pokoju i radości, nawet najlepsze intencje to może być za mało. Ale już owoce naszego otwarcia, które będą z nas promieniować poprzez życzliwość, uśmiech, humor i wiele innych rzeczy mogą sprawić by otworzyło się też serce drugiego człowieka, które do tej pory z różnych przyczyn było tak szczelnie zamknięte. I znów dochodzę do punktu wyjścia. Nie modlić się tak gorąco o miłość, zgodę w rodzinie itd., ale właśnie o narodzenie Chrystusa w naszym sercu, o Jego pokój i radość. On działa poprzez ludzi, poprzez cuda, które w nas dokonuje, więc wtedy wszystko, czego pragniemy samo musi przyjść. Chciałbym zawsze o tym pamiętać

dom

skomentuj (0)

Czuwajcie 2010-11-27 23:52:46

Ostatnia noc przed adwentem, na mieście tłumy młodzieży głodnej wrażeń towarzysko-artystycznych. Za oknem śnieg, na zabytkach miasta świecą już ozdoby świąteczne. Wolałbym sobie pomyśleć o żłóbeczku albo choineczce, ale Jezus jest bezlitosny. Póki co każe mi myśleć wciąż o śmierci, o końcu. Każe mi czuwać i traktować życie poważnie. Nie bardzo to lubię, a właściwie to bardzo tego nie lubię. Na wesoło zawsze łatwiej i przyjemniej. Strasznie nie lubię jak idąc z lekkim śmiechem pod nosem przez życie, napotykam jakąś sytuację, kiedy musze poważnie na coś spojrzeć, powiedzieć coś poważnego. Albo jak ktoś mi przypomina, że kiedyś sobie umrę i to może całkiem niedługo. Dlatego nie lubie też tych czytań, ale lubienie nie ma tu nic do rzeczy. Takie są fakty, naprawde umrę, wnioskuję to po śmierci wielu innych ludzi. Myślę, że nie będę wyjątkiem. Kiedyś sobie umrę, nie mam pojęcia kiedy. Lepiej żebym żył codziennie tak, jakby to miało być dzisiaj. To brzmi średniowiecznie i banalnie, ale tak po prostu jest.
Żeby porównać przyjście Boga z napaścią złodzieja, trzeba mieć niezły tupet, albo samemu być Bogiem. Syn Człowieczy ma przyjść wtedy, kiedy się nie spodziewam. Tu idzie o  coś więcej, niż codzienne rozmyślanie o śmierci, albo strach przed sądem. Mam nie marnować momentów, które są znakami. Mam widzieć więcej, niż widzą moje oczy. Bóg przychodzi tam gdzie się nie spodziewam. Przychodzi jak złodziej, a ja po raz kolejny przegrywam wszystko- nie rozpoznałem go w swojej życiowej sytuacji. W swoim zagmatwaniu, w swoich ludzkich rozterkach, w spotkaniach z przypadkowymi ludźmi w autobusie. Bóg tam był- zakradł się do mnie jak złodziej. Ja oczywiście nie byłem gotowy- myślałem że Bóg jest kulturalny i wie gdzie Jego miejsce- w brewiarzu, w notatkach, w spowiedzi, we mszy. Ale okazuje się, że Bóg bywa nieproszonym gościem, szpiegiem z krainy deszczowców. Przekroczył swoje kompetencje i zaczaił się w codzienności. Oczekuje ode mnie żebym był gotowy go rozpoznać nawet tam, gdzie za Chiny bym nie pomyślał, że można go znaleźć.
W chwili, której się nie domyślam, Syn Człowieczy przyjdzie. Po raz kolejny, niestrudzenie. Może tym razem go rozpoznam, "zrozumiem chwilę obecną".

MaR


Dzisiejsze widzenie Izajasza jest jak balsam na moją duszę. Jego słowa jakby już rzeczywiście pochodziły z tego niezwykłego końca czasów. Ten pokój, cisza, jakaś niezwykła mądrość tych ludzi, którzy wreszcie poznali prawdę. To robi piorunujące wrażenie, choć może to niewłaściwy epitet na tak arkadyjski obraz. Ostatnie apokaliptyczne czytania czy wydarzenia z mojego życia wlewały we mnie dużo strachu i niepokoju. Jednak niedawno w końcu coś drgnęło, a dzisiejsze czytanie czuję jak umacnia we mnie spokój i ufność. Tak, wreszcie poznamy prawdę, nie będzie już ona fałszowana przez złego, nie będzie trzeba już z nikim walczyć, ani nikomu nic udowadniać. Wszyscy zwrócą się w jedną stronę i w światłości pójdą ku świątyni.

Gdy nad tym rozmyślam uderza mnie absurd tego obecnego świata. Czy to nie smutne jak jest on zmienny, jak ulotne jest to co wydaje się być trwałe? Niestety, tu rządzi ten który fałszuje i wykorzystuje każdą słabość czy nawet dobre pragnienie by nas zgubić, tak byśmy już nie podnieśli więcej głowy. Człowiek wierzący i ufający zasługuje tu tylko na pogardę lub w najlepszym razie na politowanie. Być może jestem najbardziej naiwnym człowiekiem na świecie, ale gdybym miał ot tak przez jeden czy drugi zawód tak po prostu odwrócić się od Boga, chyba nie Go ale przede wszystkim siebie bym zdradził.  Tę niepojętą dla mnie cząstkę siebie, która nadaje sens mojemu życiu. Bóg cały czas mnie próbuje, ale ja i tak głęboko ufam, że moja postawa nie wzięła się znikąd  i nie pójdzie na marne. Umacnia mnie fragment, który dostałem na ostatnim spotkaniu. Wierność- Bóg cały czas mi o niej przypomina. I nie ma przypadku w tym, że tak utkwił mi w pamięci fragment Listu do Kościoła w Efezie z rekolekcji, który akurat niedawno był czytany na mszy. Zwrócić się z powrotem ku pierwotnej Miłości. Tak, już myślałem, że Bóg dał mi wszystko, co mógł mi dać, o co nawet nie miałem odwagi Go prosić. Wolność od ciężkich grzechów, od złego myślenia o sobie i użalania się, radość i optymizm w miejsce narzekania i pesymizmu, nowe wartościowe pasje, kolejne zrealizowane marzenia, zwłaszcza te wyjazdowe, wspaniałych przyjaciół, najpiękniejszą radość u boku, dla której biło moje serce. I dziękowałem Mu, błogosławiłem Jego Imię, świadczyłem i pragnąłem dla Niego i przez Niego zbawiać choćby ułamek tego świata. I co się okazuje? Że to nie wszystko! Może już chciałem krzyknąć „chwilo trwaj”, a jednak Bóg przygotował dla mnie rzeczy jeszcze wspanialsze. Tylko muszę się na nie otworzyć, a więc cały czas się nawracać, to jedyna recepta na ten dziwny świat. Mogę krzyknąć z całą odpowiedzialnością i pewnością, że nie było jeszcze takiej mojej prośby, której Bóg prędzej czy później nie wysłuchał. Ale pamiętam doskonale, że przełom następował zawsze, gdy ja najpierw sam robiłem krok do przodu. Dlatego ufam i wiernie trwam przy moim Panu, bo On nigdy mnie nie zawiódł.

Nie będę już zatrzymywał się nad Ewangelią, bo zwłaszcza chyba fragment z Listu do Rzymian jest dziś kierowany prosto do mnie. To niepojęte jak Bóg powoli wlewa we mnie ciszę i pokój. Nagle zaczynają mnie znów cieszyć małe drobne rzeczy. Promienie słońca budzące mnie po tygodniu szarych poranków, cisza i płatki śniegu padające na moją rozgrzaną twarz, gdy biegnę gdzieś daleko, pierwsze grane przeze mnie akordy, które przypominają jakąś piosenkę, małe pociechy goniące się z rodzicami po parku. Może to smutne, że ten świat jest tak bezlitośnie zmienny, ale ile w nim drobnych radości, które potrafią odmienić nie tylko dzień, ale łzy obrócić w pogodny uśmiech. Czy właśnie w ten sposób Bóg nie mówi mi „Ja jestem, zaufaj mi”. Nie rozumiem dlaczego i może jestem naiwnie głupi, ale znów pragnę Mu śpiewać. Może głos okrutnie fałszuje, ale moje serce śpiewa najczystszą i najpiękniejszą pieśń, którą pragnie się dzielić!

dom

skomentuj (1)

On jest początkiem! 2010-11-20 22:53:30

Święto Króla Wszechświata. Króla wszystkich Tronów, Władz, Panowań. Króla wszystkich gwiazd, Pana wszystkich panów, Rządcy czasoprzestrzeni. Gdybym miał zamknąć oczy i wyobrazić sobie, jak może wyglądać taka postać... Ostatnią rzeczą jaką bym sobie wtedy wyobraził byłby zmasakrowany człowiek, pokryty krwią i błotem, zawieszony na skrzyżowanych belkach i wijący się z bólu jak robak. A tak właśnie objawił się ten Król Wszechświata, nic dziwnego więc, że szydzą z Niego aż do ostatniej chwili. "czy Ty nie jesteś Mesjaszem? wybaw siebie i nas". Tak, cwaniaku, skoro to Ty rządzisz tym wszechświatem, to zejdź z krzyża i zrób porządek. Nakarm wszystkich ubogich, wprowadź najlepszy ustrój, podnieś pensje, zlikwiduj choroby. No, dawaj! 

No, śmiejemy się z Niego ostro, bo co to za Król Wszechświata- umierający śmiercią haniebną wśród łotrów. Pobiliśmy Go, opluliśmy i wreszcie zabiliśmy. Też mi Król. 

Kościół przez Niego założony przez wieki jawi się jako równie żałosny. Skazany na porażkę- tak jak On. Opluty i wyśmiany- jak On. Niewysłuchany i niezrozumiany- jak On. Dzieli Oblubienica los swego Oblubieńca- klęskę druzgocącą przez mękę w agonii. I to też mój los- los Jego ucznia- nie zwycięstwo, lecz klęska, kompletna klapa, porażka. Kiedy ktoś mówi, że są trudne czasy dla Kościoła, że nikt go nie słucha, że gardzą jego nauką, że Kościół ponosi klęskę, krzyczę w sercu CHWAŁA PANU. No, bo to znaczy że Kościół idzie właściwą drogą- Drogą Krzyżową. Dzięki Ci Królu Wszechświata, że Twój Kościół jest Twój- bo tak jak Ty jest żałosny i wyśmiany. Wzgardzony i umierający. Idący na zagładę. Dzięki, że ja też mogę czasem poczuć się wyśmiany i skazany na porażkę. "ilekroć niedomagam, tylekroć jestem mocny".

Św. Dobry Łotr- trudno spotkać parafię pod jego wezwaniem, albo wiernych modlących się "Litanią do Świętego Dobrego Łotra". Ale mało jest ludzi, co do których świętości (w sensie "że są w niebie") możemy być tak pewni. Jezus sam mu obiecuje, że jeszcze dziś będą razem w Raju. Że będą szczęśliwi, jeszcze dziś. Obietnica skierowana przez jednego skazańca do drugiego- to doprawdy żałosne. Ale św.DŁ zaufał, że ten wiszący obok niego Towarzysz Cierpienia ma moc, by po tym całym horrorze zabrać go tam, gdzie cierpienia już nie będzie. Ma tę moc, bo jest nikim innym jak tylko KRÓLEM CAŁEGO WSZECHŚWIATA. Całe tabuny wiernych, duchowych następców Dobrego Łotra, potrafią dostrzec drugą stronę medalu- Ukrzyżowanie jest właściwie Zmartwychwstaniem, a Ukrzyżowany jest Zmartwychwstałym Królem Wszechświata. Zaserwowane nam na Uroczystość Króla Wszechświata czytanie z Listu do Kolosan przedstawia właśnie kosmiczą wizję Chrystusa. Cały kosmos, wszystko cokolwiek istnieje, istnieje z Jego przyczyny, dla Niego, w Nim. Paweł znanymi sobie pojęciami na miarę epoki wyraża prawdę, że to Jezus panuje nad wszystkim, nad wszechświatem. W nim mieszka Pełnia. Pointa jest wyraźna i znów wskazuje na wydarzenie krzyża- bo wszechświat rozbity przez grzech, zostaje znów pojednany przez swego Króla- a tym pojednaniem jest Krew przelana przez Niego na krzyżu. Tak więc Jezus- Król to Jezus Ukrzyżowany. W swojej męce Chrystus na nowo zdobywa wszechświat.

Nie jest mi dziś łatwo rozpoznać Pana Wszechświata w skazanym na śmierć żydowskim kaznodziei. Wchodzę na google grafika, znajduję fotki z NASA przedstawiające fascynujące odblaski materii zagadkowo rozrzuconej po oszałamiająco wielkiej przestrzeni. Nad tymi żywiołami, Potęgami, Mocami, Tronami miałby więc panować mój Jezus? I to Ukrzyżowany? Ale nadal to rozpoznanie jest możliwe. Nadal mam szansę to na rozpoznanie, każdy ma na nie szansę. Na krzyżu widnieje napis w łacińskim, greckim i hebrajskim (wszystkie narody świata dla ówczesnych). Każdy ma szansę odczytać przekaz Krzyża, drugie dno tej haniebnej zagłady- "TO JEST KRÓL ŻYDOWSKI". To jest Król Wszechświata.

MAR

 

skomentuj (0)

jaki będzie znak, gdy się to dziać zacznie? 2010-11-13 20:32:30

Znaki. To chyba jeden z najbardziej fascynujących elementów naszego świata. Jedni nie wierzą w nie w ogóle, mówiąc, że wszystko jest kwestią przypadku, bądź daje się całkowicie racjonalnie wytłumaczyć. Z kolei inni w każdym wydarzeniu doszukują się znaku od Boga czy skądś indziej, tracąc kontakt z rzeczywistym światem i siejąc panikę wśród niczego nieświadomych ludzi. Nic dziwnego, że wielu łatwo daje się zwieść, wierząc w rok 2012 lub kolejną datę końca świata, bądź z drugiej strony wsadzając apokalipsę między bajki. Bo komu tu uwierzyć? Dziś Jezus daje nam odpowiedź. Mówi, że owszem dramatyczne wydarzenia poprzedzą koniec świata, ” ale włos z głowy wam nie zginie. Przez swoją wytrwałość ocalicie wasze życie.” To nasza wytrwała wiara w Chrystusa nas uratuje, On nas wybawi.  Tylko czy moja wiara jest wystarczająca silna? Czy jestem gotowy na spotkanie z Jezusem?

Mógłbym odpowiedzieć w popularnym stylu: „nikogo nie zabiłem, nie pobiłem, chodzę co niedzielę do kościoła i staram się być dobrym człowiekiem”. Słuchając takich odpowiedzi, mógłbym nawet poczuć się jeszcze lepiej, bo a to staram się znaleźć prawie codziennie czas na mszę świętą i modlitwę, działam we wspólnocie i w ogóle staram się być coraz lepszy. Ale czy taka odpowiedź zadowoliłaby Jezusa, czy to jest świadectwo prawdziwej wiary? Jak to się ma do Miłości, o której było tydzień temu? Mógłbym dodać, że od kiedy Jezus pojawił się w moim życiu staram się wiernie kroczyć za Nim. Oddawałem i oddaje Mu moje grzechy i słabości, które są dla mnie za silne, do tego wiele z nich pozwolił mi już pokonać.  Nie złorzeczę Mu i już więcej nie użalam się, choć czasem w moim ludzkim mniemaniu tak jasny wydaje się absurd tego świata, w którym jest tak wiele niesprawiedliwego cierpienia. Przeciwnie, choć nie jest łatwo staram się pokornie i cierpliwie akceptować plany Boga na nasze życie, ufając, ze On wie najlepiej jak nas poprowadzić do szczęścia, bo kocha nas całym Sobą. Do tego coraz więcej moich planów- na dzień, na życie, staram się podporządkować Mu, aby być w tej jednej chwili gotowym.

Może trochę to wszystko wyidealizowałem, może mogłem zrobić wiele więcej, ale zwyczajnie nie chciało mi się lub wolałem postąpić inaczej. Pewnie tak, jednak pragnę kroczyć drogą Jezusa, którą obrałem. Bywają chwile zwątpienia, ale wtedy właśnie przypominam sobie znaki i nie chodzi mi teraz o te, o których mówi Jezus, mające nas ostrzec, że bliskie jest Królestwo Boże. Przypominam sobie znaki, które On pokazał w moim życiu, tylko w moim. Mógłbym ich wymieniać tysiące, ale chyba do każdego z nas najbardziej przemawiają te niezwykłe. Dla mnie takim był dzień na rekolekcjach w Hartowcu, w którym wreszcie odpowiedziałem Jezusowi na Jego wołanie „Pójdź za mną”. Mój pierwszy wolny krok skierowałem na pomost nad jeziorem, mając w sercu poczucie wielkiej siły i radości, ale jednocześnie niepokój, co będzie dalej, przecież teraz całe moje życie musi się teraz zmienić, a do tej pory na każdym kroku ku Jezusowi tak szybko upadałem. I gdy tak leżałem pełen obaw stała się rzecz niesamowita. Na niebie pojawiła się długa, kolorowa tęcza!  Siedząc wtedy samotnie nad jeziorem, nie mając pojęcia nawet jak długo, wiedziałem, że ten znak przymierza nie jest przypadkiem, w który tak długo wierzyłem, lecz pochodzi od Boga, w którego obecność w moim życiu wtedy uwierzyłem. Zawsze kiedy mam wrażenie, że Bóg o mnie lub moich bliskich zapomniał wracam do tej niezwykłej chwili  i przypominam sobie, że przecież On jeszcze nigdy mnie nie zawiódł, z każdej nawet beznadziejnej według mnie sytuacji wyciągał jakieś dobro. Tak więc dlaczego teraz miałoby być inaczej?

„A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach.” Czcić Boga, cokolwiek będzie się działo. Choćby zdradzili nas najbliżsi, choćby ciągnęli nas przed sąd z powodu wiary w Boga , choćby cały świat wydawał się niesprawiedliwy, a życie pozbawione sensu- czcić Go i uwielbiać jak w dzisiejszym pięknym psalmie, z wiarą, nadzieją i miłością w sercu. To jest chyba właśnie postawa wiary i gotowości na to piękne spotkanie, którego nie zna nikt

dom

 

Podobno w 2012 roku ten mizerny świat ma zakończyć swój żywot. Takich "końców świata" było już nawet za mojego krótkiego życia bardzo wiele, chyba więcej niż "powodzi stulecia" w tym roku. No ale może tym razem się uda- ci Majowie to łebscy goście. Zresztą, pożyjemy- zobaczymy. Albo raczej nie zobaczymy- bo to chodzi właśnie o to, że wszyscy umrzemy i koniec. Nigdy mnie to nie przekonywało- jeśli świat miałby nagle tak się skończyć (ot, jakiś wypasiony meteoryt równa Ziemię z ziemią), to po co cała kultura, cywilizacja, po co właściwie historia? Może historia poszczególnych ludzi ma nadal sens, ale historia ludzkości? Miałaby skończyć się tak absurdalnie i bez pointy? Nigdy nie potrafiłem sobie wyobrazić Boga, który z satysfakcją zakańcza świat, śmiejąc się z naszego zaangażowania w dzieje, które okazują się bezwartościowe.

Ale starsi są jak wiadomo mądrzejsi i wiedzą lepiej, więc zamiast za dużo myśleć, wolę posłuchać dorosłych ludzi na przystankach autobusowych, ulicach miast, w salonie przy cieście z rodzynkami. Czasem trafiam wreszcie na upragniony temat- koniec świata. No i wszystko się rozjaśnia- kataklizmy, in vitro, facebook- to jednoznaczne zwiastuny apokalipsy. W dodatku coraz więcej młodych mieszka bez ślubu, politycy rozkradają co popadnie, w niedziele puste ławki w kościele, słowem- Bóg już czeka by pociągnąć za dźwignię z napisem "kończ waść, wstydu oszczędź".

Bardzo mi miło się słucha, wszystko mi się podoba. Popijam liptonem serniczek rozmyślając o końcu całego świata. O znakach, wojnach, aferach, skandalach. O tym jacy ci ludzie są źli. Zasługują na to wszystko, nic dziwnego, że są lawiny i tornada. O i niespodziewanie znalazłem się poza zasięgiem swojego zainteresowania. Gdybym miał odwagę raczej myśleć o swojej śmierci, o swoich grzechach, o znakach w moim życiu, o swoim końcu świata, nie siedziałoby się już tak wygodnie, a i sernik straciłby swój błogi smak.

Naprawdę ten świat się kiedyś skończy. Ale nie chcę się tego bać, wpierw chcę się bać swojej śmierci- czy jestem na nią przygotowany? Najpierw chcę się bać tego, że nie kocham człowieka stojącego przede mną- potem dopiero mogę się przerazić wojną w Afganistanie. Najpierw chcę się bać o to, czy dam dobre świadectwo o Jezusie w kluczowym momencie życia- potem dopiero mogę się przerazić, że świat gardzi Kościołem. "Nie trwóżcie się". "Nie zaraz nastąpi koniec". Natomiast koniec mojego życia owszem, nastąpi zaraz. Dlatego może warto, żeby starsza pani, rozdająca w parku nowy numer "strażnicy" i strasząca nadchodzącym dniem gniewu, poszła spokojnie do domu i spędzała czas ze swoimi wnukami. A ja spróbuję przyglądać się najpierw swojemu sercu, a potem dopiero "światu". Bo to we mnie jest zło, które w Dniu Pana spłonie jak słoma (pierwsze czytanie). Obym cały nie stał się tą słomą, bo inaczej skończę gorzej niż skończyć ma świat wg. najbardziej rozfantazjowanych głosicieli Armageddonu.

maR

skomentuj (1)

Księga Gości